Przed niemal tygodniem zarząd województwa śląskiego postanowił, że krzesełka na modernizowanym Stadionie Śląskim – Narodowym, zamiast kolorów polskiej flagi – bieli i czerwieni, będą nosiły barwy województwa śląskiego – żółte i niebieskie. Symbol polskiej piłki nożnej, na którym kadra narodowa rozegrała blisko pół setki mniej lub bardziej chwalebnych spotkań, dzięki skutecznym działaniom lokalnych separatystów z Ruchu Autonomii Śląska stał się znakiem niepokojących zmian w świadomości mieszkańców Górnego Śląska.
Tożsamość spadkobierców powstańców śląskich nie ogranicza się już do niedzielnego obiadu, na którym królują kluski i rolada z modro kapusto. Śląski hype już dawno wydostał się poza mury stadionów w Chorzowie, Katowicach czy Bytomiu, o czym dobitnie świadczy poparcie dla Ruchu rzędu 8,49% w ostatnich wyborach samorządowych. Z hajmatem nie identyfikują się już tylko radykalni, ale młodzi ludzie wychowani w polskich domach i mówiący po polsku, zachęceni „innością” ugrupowania Jerzego Gorzelika, któremu trzeba obiektywnie przyklasnąć za rozpędzenie całej machiny.
Stadion o randze narodowego będzie nosił barwy województwa, a nie narodu. (GMP Architekten)
„Dzięki” wykolegowaniu Chorzowa z organizacji EURO 2012, województwo śląskie dostało w prezencie własny folwark, za który od razu po elekcji wziął się górnośląski William Wallace. Samo przeprojektowanie (czyt. przemalowanie siedzisk w Photoshopie) modernizowanego Kotła Czarownic pochłonęło… 58 tysięcy euro. Biorąc pod uwagę ogólny budżet całej imprezy, ponad ćwierć miliona złotych wydaje się miedziakami, jednak Piotr Kalsztyn z portalu Moje Miasto Silesia niezwykle trafnie wylicza, że za tę sumę można by zakupić 4 153 piłki dla juniorów szkolących się m.in. w szkółce o sugestywnej nazwie Stadion Śląski. Publicysta wylicza także etaty nauczycielskie, obiady dla uczniów czy wyposażenie dla pogotowia, ale zestawienia pozapiłkarskie raczej nie mają sensu. Zawsze można przecież powiedzieć „po co w ogóle remontować stadion za pieniądze województwa, skoro możemy za to zrewitalizować ćwierć Bytomia”.
Troszczący się o przyszłe pokolenia śląskich piłkarzy, następców Cieślika i Pola, Ruch Autonomii Śląska w roku 2006 reaktywował przedwojenny śląsko-niemiecki 1. FC Katowice. Według założeń pomysłodawców, w klubie mieliby grać tylko zawodnicy z Górnego Śląska. Dla pasjonatów piłki z Jaworzna, Dąbrowy Górniczej, Czeladzi, Siewierza – sorry (huta) Batory, musisz mieszkać w familoku dwa kilometry na zachód i legitymować się pięcioma przodkami z pylicą.
Maor Melikson od środy jest obywatelem Polski ze względu na polskie pochodzenie
31 stycznia bieżącego roku Wisła Kraków zakomunikowała, że do jej składu dołączy 26-letni reprezentant Izraela – Maor Melikson. Gwiazda izraelskiej ekstraklasy to ewenement na skalę polskiej ligi – w powojennej historii rodzimej piłki próżno szukać piłkarza znad Morza Martwego.
Nic więc dziwnego, że głośny transfer wzbudził kontrowersje zarówno wśród kibiców, jak i – jakżeby inaczej – dziennikarzy. W ciągu zaledwie kilku dni media zgodnie ogłosiły Wisłę klubem antysemickim, a ich kibiców żądnym semickiej krwi rasistowskim barachłem.
Trwająca od kilku dobrych lat nagonka “Gazety Wyborczej” na kibiców przypomina zmyśloną dyscyplinę z kawału o żydowskiej olimpiadzie – szalom gigant. Media wręcz prześcigają się w opisywaniu polskich kibiców jako rasistów i antysemitów.
Co na to historia? Czy tylko my jesteśmy ksenofobicznym zaściankiem? Jak rasizm ma się do piłki nożnej? Dlaczego “Gazeta Wyborcza” to hipokryci? Odpowiedź w poniższej notce.
W erze piłkarskiego kosmopolityzmu trudno wskazać dobry zespół z Europy, który w swoim składzie nie ma zawodników z innych kontynentów, nie mówiąc już o podziałach rasowych czy religijnych. Sytuacja niczym nie różni się od tej w naszym kraju – coraz więcej słabszych klubów decyduje się na ściąganie stranierich – głównie ze względu na niewspółmierne koszty utrzymania polskich piłkarzy w porównaniu do ich umiejętności. Oprócz kilku haniebnych incydentów jeszcze z ubiegłej dekady, obcokrajowcom gra się w Polsce bardzo dobrze – tylko przez ostatnie dziesięć lat przez naszą ekstraklasę przewinęło się kilkunastu wyróżniających się graczy.
Zupełnie inny punkt widzenia prezentuje “Gazeta Wyborcza”, której krucjata przeciw “kibolom” trwa już od kilku lat. Do znanego kibicom w Polsce panteonu sumiennie dołączają nowi dziennikarze, którzy chyba wzorem przysięgi Hipokratesa postanowili aż do ostatniej kropli atramentu ścigać wszelkie przejawy ksenofobii na polskich trybunach.
Choć zarówno w środowisku samych kibiców jak i specjalistów w dziedzinie socjologii trybun lewicujący periodyk ma praktycznie zerowy autorytet, regularne przekłamania i kłamstwa związane z polską sceną kibicowską rzutują na obraz polskiego futbolu jako całości.
Nie inaczej było w przypadku transferu Meliksona. 1 lutego br. w internetowym wydaniu krakowskiej Gazety ukazał się artykuł red. Piotra Jawora, zatytułowany Izraelczyk w Wiśle. I co teraz będą śpiewać kibole? Jawor w iście hollywoodzkim stylu streszcza dramatyczną historię piłkarza, który miał być przestrzegany przed podpisaniem kontraktu z “antysemickim” klubem.
Krakowski redaktor zaserwował czytelnikom dobrze zmiksowaną papkę w której rzekomy antysemityzm przeplatają doniesienia o wojnie kiboli Wisły i Cracovii, a całą bzdurę kończy odkrywcze stwierdzenie:
Przyjściem do klubu Izraelczyka zapewne jednak spowoduje u niektórych mętlik w głowie. Prawdopodobnie będą więc sobie tłumaczyli, że „ten nasz Żyd to tak naprawdę nie Żyd” albo że „skoro piłkarz z Izraela gra w Wiśle, to znaczy, że na to zasłużył i należy mu się »szacun «”.
Paradoksalnie, chcąc przyrównać kibiców Wisły do bezmózgich zwierząt posługujących się bliżej nieokreśloną mieszaniną slangu i grypsery, redaktor Jawor napisał bardzo mądrą rzecz – każdy piłkarz, niezależnie od rasy czy wyznania, może zapracować sobie na “szacun”.
W rozegranych 5 listopada ubiegłego roku derbach Krakowa na stadionie Cracovii w wyjściowej jedenastce Wisły wyszło pięciu obcokrajowców – Słowak, Honduranin, bośniacki Chorwat, Serb i Słoweniec. W trakcie meczu dwóch Polaków zmienili Argentyńczyk i Marokańczyk z holenderskim paszportem – Nourdin Boukhari.
Nie minęło wiele czasu od wejścia na boisko tego ostatniego, żeby całą piłkarską Polskę obiegły zdjęcia Boukhariego cieszącego się ze zdobytej w ostatniej minucie meczu bramki słowami… muzułmańskiej modlitwy – Allahu akbar. Co na to ksenofobiczna i rasistowska brać wiślacka? Po zakończeniu rundy jesiennej przedstawiciele stowarzyszenia kibiców uroczyście wręczyli zawodnikowi upominek i podziękowania za upokorzenie rywali zza miedzy.
* * *
W przedwojennej kadrze Polski grali Żydzi i Ślązacy
Autorzy przekłamanych artykułów czynią desperackie próby, żeby zdegradować polską scenę kibicowską do roli ślepej, ksenofobicznej tłuszczy. W oczach dziennikarzy ksenofobia miała być od zawsze wpisana w historię naszego futbolu, w przeciwieństwie do “oświeconego”, kosmopolitycznego Zachodu. Nie wiedzą albo nie są świadomi, że w historii piłki nożnej możemy znaleźć sporo przykładów obalających wszelkie bzdurne tezy.
Na początek warto sięgnąć do początków polskich rozgrywek piłkarskich. W roku 1927 rozegrano pierwszą edycję ligowych mistrzostw Polski. W szranki stanęły znane nam dzisiaj firmy, takie jak Wisła, Legia Warszawa, Ruch Hajduki Wielkie, ŁKS Łódź czy Polonia Warszawa, zapomniani kresowi giganci – Pogoń Lwów, Czarni Lwów, ale i też kluby żydowskie i śląskie – odpowiednio Hasmonea Lwów, Jutrzenka Kraków i 1. FC Katowice. Przez cały okres istnienia ww. klubów ich nastawienie i charakter były jasne – zespoły żydowskie skupiały jedynie piłkarzy wyznania mojżeszowego, a w zespole z Katowic nie grali Polacy, a osoby otwarcie identyfikujące się z Niemcami albo uważające się za Ślązaków. Nikt wtedy nie myślał o antypolonizmie czy dyskryminacji – ta post-zaborcza mieszanina dodawała rozgrywkom dodatkowego kolorytu i smaczku, a do rywalizacji między narodami czy grupami etnicznymi dochodziło tylko i wyłącznie na boisku (→ http://ckfutbol.wordpress.com/2010/02/06/wislackich-trybun-zadziorna-historia/ ).
Narodowy charakter klubów piłkarskich nie był wówczas tylko domeną naszego futbolu, a za przykład służą tu niezliczone kluby żydowskie, zakładane w całej Europie Środkowo-Wschodniej.
Co najważniejsze, ta różnorodność etniczna i religijna nie rzutowała na futbol reprezentacyjny – mało kto wie, że pierwszą bramkę w historii reprezentacji Polski zdobył… Żyd. Józef Klotz, piłkarz Jutrzenki Kraków, trafił do siatki 28 maja 1922 w meczu przeciwko reprezentacji Szwecji. Nie było mu dane przeżyć Holocaustu – zginął w roku 1941 w okupowanej Warszawie.
* * *
Pomimo globalizacji sportu, w dzisiejszej piłce nożnej nadal napotykamy na podziały etniczne czy religijne o negatywnym znaczeniu – w przeciwieństwie do rozdmuchiwanych błahostek są zbywane i pomijane.
Otwarty separatyzm pozostaje bez odzewu ze strony mediów (fot. Tomasz Wantuła, Agencja Gazeta)
W grudniu 2006 grupa fascynatów z Górnego Śląska postanowiła reaktywować przedwojenny klub piłkarski 1. FC Katowice. Niestety, decyzja o wskrzeszeniu górnośląskiej drużyny ma mało wspólnego z pasją do sportu czy promocją pozytywnych wzorców – jak czytamy, “wśród reaktywatorów i kibiców klubu są m.in. członkowie Ruchu Autonomii Śląska (…). W założeniu klub ma łączyć osoby czujące się Ślązakami (…) w klubie FC Kattowitz (sic!) mają grać mieszkańcy Śląska”.
Powyższy przykład jest niezwykle ważny w kontekście coraz większej popularności ruchów promujących odrębność Śląska od Polski, o czym świadczy niedawna absurdalna decyzja Zarządu Województwa Śląskiego o zmiany barw krzesełek na stadionie na kolory… Górnego Śląska.
Niestety, podobne patologie to nie tylko bolączka maluczkich (1. FC Katowice tuła się po dolinach śląskich lokalnych rozgrywek), ale i “dużego” futbolu. Każdy fan futbolu zna zespoły Celticu i Rangersów, których rywalizacja częściej opiera się na podziale na katolików i protestantów, a nie na starciach boiskowych. Grający w izraelskiej ekstraklasie palestyński Bnei Sachnin ma liczne rzesze kibiców wśród izraelskich Arabów, co spotyka się z nienawiścią ze strony skrajnie prawicowych kibiców Beitaru Jerozolima.
CO Z TEGO WYNIKA? – EPILOG
W przeciwieństwie do wyimaginowanych incydentów ochoczo opisywanych przez “Gazetę Wyborczą”, prawdziwa krzywda dla piłki nożnej dzieje się w zupełnie innych okolicznościach. Wydaje się, że sztuką jest dostrzec problem stadionowej ksenofobii i dyskryminacji w zakresie globalnym.
Tylko po co, skoro można łatwo sprzedać tanią, kłamliwą sensacyjkę pod płaszczykiem obrony inności?
Kibice Wisły Kraków podczas meczu z Legią Warszawa, maj 2009 (fot. Grzegorz Czop)
Dzisiejsze media wręcz prześcigają się w opisywaniu kibiców piłkarskich z jak najgorszej strony. Na łamach zarówno gazet ogólnopolskich jak i czasopism lokalnych, nie ma chyba miesiąca, w którym nie zostałaby zamieszczona wzmianka o przestępstwie czy rozboju, którego źródeł uparcie doszukuje się w porachunkach kibicowskich. Można jednak z czystym sercem stwierdzić, że w porównaniu do lat 80. czy 90., obecnie na polskich trybunach panuje względny spokój, a ekipy szukające mocniejszych wrażeń na miejsce załatwiania swoich spraw wybrały bujną florę leśną terenów pozamiejskich.
Jednym z prekursorów ruchu kibicowskiego w Polsce byli fani krakowskiej Wisły. Oprócz niezbyt chlubnych wydarzeń stricte chuligańskich, historia trybun spod znaku Białej Gwiazdy obfituje w wiele zdarzeń, na podstawie których można śmiało wywnioskować, że wiślaccy kibice byli również pionierami szeroko pojętej napinki. Okazuje się, że zadziorność i poczucie humoru towarzyszyły kibicom Wisły już od jej początków…
* * *
W Polsce lat międzywojennych stopniowo dogasał znany sprzed zaborów kosmopolityzm. W polskiej lidze przeto oprócz klubów stricte polskich występowały także zespoły żydowskie czy niemieckie. Najbardziej prominentnym klubem niemieckim był zespół 1. FC Katowice. Gdy w roku 1927 wystartowały oficjalne ligowe rozgrywki piłki nożnej w Polsce, pod koniec sezonu (rozgrywanego wówczas systemem wiosna-jesień) o końcowy tytuł rywalizował właśnie śląski eFCyj do spółki z krakowską Wisłą. Nic więc dziwnego w tym, że mecz który miał mieć miejsce 25 września 1927 był spotkaniem decydującym o losach historycznego tytułu pierwszego ligowego Mistrza Polski.
1. FC Katowice był klubem niemieckim lub śląskim, nigdy polskim
Atmosferę przed spotkaniem podgrzewały niemieckie środowiska nacjonalistyczne z Górnego Śląska do spółki z prasą krakowską. W końcu na stadionie w Katowicach zjawiło się piętnaście tysięcy widzów (absolutny rekord frekwencji na meczu z udziałem Wisły, wyrównany dwanaście lat później w Hajdukach Wielkich podczas meczu Ruch-Wisła). Nie byli to jednak tylko sympatycy 1. FC. Na Górny Śląsk dotarła spora grupa kibiców Wisły Kraków, poza tym na meczu tłumnie zjawiły się osoby narodowości polskiej żyjące w okolicy.
Współczesne opracowania opisują mecz 1.FC-Wisła jako mający kolosalne znaczenie polityczne. Nic więc dziwnego, że polityczne przepychanki odbiły się także na boisku.
Boisko otoczone było gęstym kordonem policji, kibice obu drużyn rozdzielen uzbrojonymi służbami porządkowymi, a na zapleczu stadionu w pogotowiu czuwało kilka kompanii wojska pod bronią.
Gdyby opisane powyżej wojsko zastąpić policją, Czytelnik raczej wyobraziłby sobie jedno z współczesnych spotkań, w żadnym wypadku takie, które miało miejsce 83 lata temu… Samo spotkanie było raczej politycznym szwindlem. Sędzia Hanke z Łodzi sam przyznał po latach, że wygrany przez Wisłę 2:0 pojedynek był sędziowany pod wpływem sporej politycznej presji. Opracowania zgodnie przyznają, że zdobycie mistrzostwa Polski przez niemiecki klub byłoby policzkiem dla raczkującej wówczas Polski nacjonalistycznej.
Mecz zakończył się po 73 minutach gry. Świeżo upieczeni mistrzowie Polski z Krakowa przedefilowali ze stadionu 1. FC na dworzec kolejowy, otoczeni szpalerem żołnierzy pozdrawiając wiwatujących Polaków, a pociąg z nimi był po drodze obsypywany kwiatami.
Ten dzień to także kamień milowy w dziejach kibiców Wisły. Rzesza fanów Białej Gwiazdy odśpiewała zwycięzcom pieśń Jak długo na Wawelu, która po dziś dzień jest hymnem krakowskiego klubu. Był to także historyczny wyjazd kibiców drużyny z Reymonta w takiej liczbie.
Nie był to koniec przedwojennych perypetii kibiców Wisły. Okazja do zaakcentowania swoich wyrazistych poglądów nadarzyła się ledwie rok później. Do Krakowa zajechał wówczas zespół z Katowic, jednak mecz już nie wzbudzał podobnych emocji co legendarny pojedynek sprzed roku. Pomimo tego, “Ilustrowany Kuryer Codzienny” odnotował, iż “publiczność w rekordowej liczbie zebrana na boisku Wisły zachowała wobec niemieckiej drużyny lojalną obiektywność“. W jesiennym meczu rewanżowym konna policja była zmuszona wtargnąć na murawę po zakończeniu meczu, jednakże dowodów na obecność kibiców Wisły brak.
* * *
Na konto kibiców z Krakowa można także śmiało zaliczyć komiczne zdarzenie z roku 1937. 27 maja tegoż roku na stadionie Wisły rozgrywano kolejne już derby Krakowa między Białą Gwiazdą a Pasami. Mecz miał dramatyczny przebieg, bowiem aż do 87. minuty wiślacy prowadzili 1:0. W końcówce spotkania wyrównującą bramkę zdobyli piłkarze gości, którzy jesienią mieli zdobyć jeden z nielicznych tytułów mistrza Polski.
Piłkarskie i fatalne w skutkach faux pas popełniła wówczas żona jednego z widzów. Obecna na trybunach dama w ostatniej minucie pojedynku spytała swojego małżonka, która z drużyn biegających po zielonej murawie to “nasi”. Znerwicowany mąż nie wytrzymał i zaczął dusić swoją żonę. Sprawa trafiła do krakowskiego Sądu Grodzkiego i pozostała nierozwiązana aż do wybuchu II wojny światowej. Powód? Szacowni sędziowie mieli podobny problem, co ofiara impulsywnego męża.
Brakuje jednak informacji na temat, czy zapalczywy jegomość był sympatykiem Wisły, czy też rywali zza miedzy. Logicznie rzecz biorąc, stracona w końcówce meczu bramka mogła zdenerwować w takim stopniu tylko sympatyka Bialej Gwiazdy…
* * *
Historię polskiej piłki nożnej brutalnie zatrzymał wybuch II wojny światowej. Na stadionie Wisły coraz częściej od piłkarzy widywany był nowy pan na Wawelu – Hans Frank. Piłka w Krakowie jednak nie zginęła – na obrzeżach miasta rozgrywano nieoficjalne mistrzostwa, w których udział brała także Wisła Kraków. 17 października 1943 Wisła miała stoczyć decydujący bój o nieoficjalny prymat w Krakowie. Na boisku Garbarni rywalem piłkarzy Białej Gwiazdy była Cracovia. Mecz, obserwowany przez sporą jak na ówczesne ryzyko publiczność, toczył się raczej w spokojnej atmosferze aż do końcówki spotkania.
Mieczysław Gracz był żywym przykładem krakowskiego andrusa
Wtedy też sędzia, przedwojenny piłkarz Pasów, podyktował rzut karny dla Cracovii. Nie wytrzymała legenda Wisły, impulsywny Mieczysław Gracz. Słynny Messu wymierzył arbitrowi soczystego kopniaka.
W mgnieniu oka na Ludwinowie rozegrały się dantejskie sceny. Kibice Wisły i Cracovii wysypali się na murawę w ferworze bijatyki. Nie bacząc na śmiertelne niebezpieczeństwo, awantura przeniosła się na ulice miasta i na Rynek Podgórski. Do dziś nie jest wyjaśnione, dlaczego Niemcy odpuścili sobie interwencję w tej sprawie.
Opracowania wskazują na osobę nazistowskiego komendanta Podgórza, Hansa Mitschke, który jako były piłkarz austriackiego First Vienna 1894 miał ponoć rzec – “Kibice na całym świecie są tacy sami…”.
* * *
Kolejne zabawne zdarzenia z udziałem wiślackiej publiczności przyniósł smutny okres powojenny. 14 września 1957 na murawę stadionu przy ul. Reymonta wybiegły jedenastki Wisły i Polonii Bytom. Brutalnym faulem krakowskiej widowni naraził się kapitan drużyny z Bytomia, Kazimierz Trampisz. Niezadowoleni kibice zaczęli głośno wyrażać niepochlebne opinie o cnocie matki piłkarza. Cała historia mogłaby się równie dobrze zakończyć w tym momencie, gdyby nie odważna decyzja kresowiaka. Trampisz błyskawicznie odwrócił się plecami w stronę trybun i spuścił sportowe spodenki, ukazując cały majestat natury od pasa w dół. Został za to rzecz jasna wyrzucony z boiska, a Wydział Dyscypliny PZPN-u ukarał go trzyletnią dyskwalifikacją.
Apologeci Krakowa podają w opracowaniach, że była to pierwsza tego typu demonstracja w historii polskiego sportu.
* * *
Kolumnada zbudowana w latach 50. istnała w tej formie do ubiegłego roku...
Czasy powojenne przyniosły także Wiśle modernizację stadionu. Socrealistyczny moloch istniejący jeszcze do lat 90. powstał przy nieocenionym udziale więźniów politycznych. Kiedy piłkarze Wisły wprowadzili się już na nowy obiekt, dziwnym trafem zaczęli coraz częściej przegrywać. Ówczesny działacz sportowy i “król kibiców” Wisły, Zygmunt Jaśko, w tajemnicy sprowadził na stadion… kapelana. Przedstawiciel kleru poświęcił nową murawę i odtąd Wiśle zaczęło się wieść lepiej niż poprzednio.
Przyp. aut.: Powyższa anegdotka oczywiście jest podkoloryzowana, jeśli chodzi o wyniki sportowe Wisły Kraków. Oryginalna (Mazan i Czuma) wersja mówi odpowiednio o seriach porażek i zwycięstw. Wiślacy bardziej udane mecze przeplatali sromotnymi porażkami, zarówno na niepoświęconym stadionie, jak i z ingerencją “sił wyższych”.
* * *
Powyższe anegdoty i wydarzenia z bogatej i pięknej historii Wisły dobitnie pokazują, że odkąd na trybunach była wierna wiślacka brać, odtąd znak Białej Gwiazdy stał się symbolem krakowskiego charakteru, zadziorności i przede wszystkim szeroko pojętego poczucia humoru.
Oczywistym jest, że na tym bogata historia trybun przy Reymonta 22 się nie kończy. Opisane zdarzenia to tylko ułamek z rozległych dziejów ruchu kibicowskiego na Wiśle, a i dzisiejsi fani Białej Gwiazdy do dziś praktykują zwyczaje w duchu przedwojennych i powojennych poprzedników. Przykładem może być mecz pomiędzy Wisłą Kraków a Legią Warszawa w roku 2007, wygrany przez wiślaków 1:0. Popularna anegdota głosi, że gdy fotograf wymierzył obiektyw w rozemocjonowany sektor fanów Wisły, jeden z widzów pokazał do niego popularną “eLkę”, czyli znak kibiców z Warszawy. Nie umknęło to uwadze odpowiedzialnych osób, którzy pozbawili przybysza ze stolicy odzienia i ten nago musiał uciekać z sektora. O ile sposób identyfikacji mieszkańca stolicy pozostaje dyskusyjny, o tyle moment ewakuacji sektora w stroju Adama został udokumentowany na poniższym filmie wideo.
W Szkocji zapowiada się przewidywalna i nudna końcówka sezonu
Po 23. kolejce szkockiej ekstraklasy coraz pewniej po mistrzowski tytuł zmierzają piłkarze Glasgow Rangers. Podopieczni Waltera Smitha trzymają Celtic na pewnej, dziesięciopunktowej smyczy. Tresura rywali zza miedzy aplikowana przez Tony’ego Mowbraya przynosi jednak efekt kompletnie odwrotny od zamierzonego. Po gorącym zakończeniu okienka transferowego, w którym Celtic sprowadził kilku znanych piłkarzy, pierwszy mecz zespołu z Parkhead zakończył się druzgocącą kompromitacją.
Faworyzowany Celtic, powtarzający od początku sezonu jak mantrę zapowiedzi szaleńczego pościgu za liderującymi Rangersami, w żenującym stylu przegrał na wyjeździe ze słabiutkim Kilmarnock.
* * *
Mijający tydzień był pełen emocji dla sympatyków Celticu. Szkoleniowiec zespołu z Glasgow, Tony Mowbray, usunął z kadry kilku graczy nie spełniających jego wymagań. O ile te zmiany były raczej żadnym zaskoczeniem, tak na pewno nikt nie spodziewał się, że na Parkhead zawita eks-snajper Tottenhamu i Liverpoolu – Robbie Keane.
Czy za przykładem Virgin Trains pójdą też szkockie koleje?
Irlandczyk, który w angielskiej Premiership zdobył ponad sto bramek, stał się obiektem szyderstw prywatnych linii kolejowych Virgin po tym, jak nie wytrzymał konkurencji w Liverpoolu i wrócił do Londynu. Pomimo, że śmiało może zostać nazwany legendą Spurs, resztę obecnego sezonu spędzi jako piłkarz Celticu. Zdziwienie budzi fakt, że Keane mógł śmiało przebierać w ofertach z całej Europy, jednak na kolejny przystanek swojej bogatej kariery wybrał bardzo przeciętny zespół wicemistrza Szkocji. Można mydlić oczy opowiastkami o tym, że Keane od dziecka był fanem Celticu. Oczywiście gdyby Irlandczykom w XIX wieku bardziej smakowała rodzima kora z drzew niż żarcie u sąsiadów na drugim brzegu, klub z Celtic Park w ogóle by nie istniał, a Robbie Keane grałby dziś gdzie indziej.
Pierwszym sprawdzianem nowego zaciągu z Keane’em na czele miał być z pozoru łatwy mecz z trzecim od końca Kilmarnock. O ile Mowbray dał odpocząć innym nowym nabytkom swojego klubu, o tyle głównym działem wytoczonym tego wieczora na Rugby Park miał być właśnie Keane.
Po meczu chyba nikt nie identyfikujący się z biało-zieloną stroną Glasgow nie miał powodów do radości. Klubik z zachodniego wybrzeża Szkocji postawił przyjezdnym tak twardy opór, że mecz zakończył się wynikiem 1:0 dla gospodarzy. Była to już kolejna w ostatnim miesiącu nieoczekiwana strata cennych punktów, a pojedynek w Kilmarnock może śmiało pretendować do miana kamienia milowego w walce o tytuł. Bardzo słabo zaprezentował się mesjasz Celticu, marnując okazję za okazją.
Robbie Keane przybył do Glasgow 24 godziny temu i było to widać na boisku. Irlandczyk, mimo iż był bardzo aktywny i zdeterminowany, zmarnował trzy znakomite okazje do zdobycia bramki.
Tak niedyspozycję napastnika tłumaczy polski serwis fanów Celticu, celticpoland.com. Powyższe powody impotencji strzeleckiej Keane’a wydają się racjonalne, odkąd Glasgow leży po drugiej stronie globu niż stolica Anglii, a przed transferem do Celticu sam piłkarz spędził dwa lata w syberyjskim łagrze, piłkę nożną oglądając tylko na fotografiach przesyłanych mu przez troskliwą matulę z Dublina. Dla dobra latorośli kibicującej Celticowi można jedynie założyć, że Mick Wachowski to tylko utalentowany następca Ezopa czy braci Grimm.
Oprócz wspomnianego Keane’a Celtic nabył także kilku co bardziej wartościowych piłkarzy. Pozostaje tylko pytanie, czy Diomansy Kamara lub Edson Braafheid będą na wiosnę prezentować podobną dyspozycję, co cała jedenastka Celticu w Kilmarnock.
* * *
Za powyższymi nazwiskami z pewnością nie kryją się piłkarze z najwyższej półki. Trzeba jednak obiektywnie spojrzeć na politykę transferową Celticu przez pryzmat SPL. Nie ma co się oszukiwać, że SPL już dawno utraciła swój status i na dzień dzisiejszy liga szkocka jest ligą bardzo przeciętną. Nie uważam, aby dwa czołowe kluby, tj. Rangers i Celtic, były w stanie rywalizować z sukcesami na większym poziomie niż angielska Championship. Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy w lidze szkockiej grali rozpoznawalni piłkarze z całego globu. Teraz najlepszym obrońcą ligi jest Algierczyk, który był pośmiewiskiem w angielskim Charltonie, a następcą Boruca między słupkami Celticu ma być golkiper, który nie był w stanie wybić się w Legii Warszawa, Jagiellonii Białystok czy Koronie Kielce.
Transfery Celticu budzą podziw w sytuacji, gdy oba kluby raczej stoją na krawędzi zapaści finansowej. Na Ibrox Park na razie słabo pomogła zmiana prezesa. Ustępujący David Murray zostawił klub w na tyle niekorzystnej sytuacji, że tej zimy kadry Rangers nie wzmocnił ani jeden nowy piłkarz. Zarówno Rangers, jak i cała szkocka piłka stoi w miejscu – żeby coś osiągnęła, musiałaby zarobić, ale nie zarobi, bo jest za słaba sportowo. Pomimo tego, że teoretycznie słabsza drużyna Rangers ma obecnie potężną przewagę nad Celtikiem, fani obu klubów modlą się o cokolwiek, co ruszyłoby cały szkocki futbol.
W czasach gdy media wzajemnie wyrywają sobie z rąk gorące newsy, osobliwie doniesienia futbolowe z C.K. Krakowa, naprawdę trudno jest oddzielić wyssany z palca chłam od pewnej informacji.
Swoje pięć minut od historii niezawodnie wyczuł internauta ukrywający się pod pseudonimem Alvarez. Odrobina ułańskiej fantazji, znajomość mechanizmu obiegu informacji… i mamy sensację.
Wczorajszy Fakt, a co za tym idzie kilka portali – w tym i Wirtualna Polska – hucznie donosiły o negocjacjach reprezentanta Ghany Stephena Appiaha z mistrzami Polski. Cały wic jednak w tym, że cały ten transfer miał miejsce w sprytnym umyśle młodego internauty.
Najważniejsza rzecz to umieszczenie plotki w bardzo poczytnym miejscu. W operacji Appiah za odbiorców posłużyli forumowicze krakowskiej Wisły, wypowiadający się w temacie o polityce transferowej klubu z Krakowa. Tak więc na forum kibiców Wisły piątkową nocą pojawiła się wieść o Appiahu.
Cóż więc z tego, każdy tak sobie może napisać? Otóż A. skorzystał z dobrodziejstwa poczytnego i wiarygodnego portalu o transferach, którego nazwę można przeczytać w gazetowym wycinku po lewej. Nadużycie zaufania redakcji spowodowało pojawienie się tam profesjonalnego, merytorycznego newsa o Appiahu, którym prędko podparto rewelacje z forum.
Pozostało tylko następnego ranka rozsiąść się w fotelu z prasą, osobliwie tabloidem na F, ewentualnie laptopem na kolanach i rozkoszować się naiwnością żądnych sensacji pismaków.
Wiemy już, że wśród stałych czytelników forum Wisły lub/i portalu o transferach są blagierzy z Faktu. We wczorajszym tabloidzie czytamy więc perfekcyjnie łykniętą ploteczkę. Ale to nic – czasopismo które w dużej mierze zajmuje się sprawami porwanych przez UFO krów czy uzdrawiającymi paskami papieru, ma prawo do popełnienia takowej gafy.
W sukurs mistyfikacji przychodzą portale internetowe, kopiujące jak leci co piszą wydania papierowe. Nic więc dziwnego, że Ghańczyk szturmem wdarł się na główną stronę wp.pl.
Wpadły też pomniejsze portale i portaliki – o Appiahu swoje trzy grosze wtrąciły dalsze strony, kończąc na poczytnym wiślackim TSW.com.pl, gdzie w dodatku bzdurę podpisał swoim nazwiskiem jeden z tamtejszych redaktorów. Nic więc dziwnego, że news szybko zniknął z głównej strony.
Morał z tej historii płynie taki, że można mówić różne rzeczy o medium internetowym, jednak jego przystepność i elastyczność nie zawsze oznacza szybki dostęp do wiarygodnych informacji, a obsługujące gigantyczne portale osoby nigdy nie zastąpią profesjonalnych dziennikarzy.
CKF na Facebooku
Szukaj
C.K. Archiwum
C.K. Preambuła
"Niektórym wydaje się, że stadiony piłkarskie to wyspy. Nie wiedzą, że są one raczej lustrami, w których odbija się obraz świata, do którego wszyscy należymy"
Eduardo Galeano
C.K. Futbol jest blogiem prezentującym zarówno teraźniejsze, jak i odległe w czasie wydarzenia dotyczące piłki nożnej, nierzadko komentowane z przymrużeniem oka.
Autor bloga święcie wierzy w nierozerwalne połączenie sportu z historią, etnologią, geografią, socjologią i uważa, że bieganie 22 spoconych facetów za świńskim pęcherzem ma w sobie tyle samo podtekstów i sentymentów, co dzieła literatury i sztuki.
90 minut pozornie zwykłego meczu pozwala na dogłębne poznanie danej społeczności w podobnym stopniu, co wielodniowa podróż. To właśnie wokół prostokątnego pola trawy spotykają się różne światopoglądy, obyczaje, kultury.
Futbol nie musi być dodatkiem do niedzieli spędzonej na kanapie, wbrew opiniom mediów nie jest prymitywnym sportem dla marginesu społecznego ani areną krwawych jatek. Może być ewenementem łączącym zarówno cały glob we wspólnej pasji, ale i piękną mozaiką tożsamości i sentymentów, globalnych czy lokalnych.
C.K. Obrachunek
21,355 osób było i widziało, wino i miód piło. Dzięki i zapraszam ponownie!